Niech zacznie się tak: jest 8 grudnia 2004 roku, port lotniczy London Stansted. Stawiam pierwsze kroki na obcej ziemi: nieznany kraj, obca kultura, początek życia w innym wymiarze. Jeden Bóg raczy to wiedzieć, czy lepszego.

Dlaczego jestem tutaj, tysiące kilometrów od wszystkiego co mi znane, z dala od „strefy komfortu”?

Całe życie bylem „nie stąd”. Urodzony w Bydgoszczy, wywieziony rowerem w Bieszczady przez rodziców, którzy właśnie tam postanowili przeżyć przygodę swojego życia. Zamieszkaliśmy na końcu świata, ale dwa razy w roku odbywaliśmy podróż – dla mnie, dziecka – Pielgrzymkę na święta Bożego Narodzenia i na wakacje do rodzinnego miasta.

Dojazdy do liceum w Sanoku i harcerska przygoda: kilka godzin dziennie spędzanych na przystankach i w pekaesach. Kraków, Prudnik, Warszawa, Kalwaria Pacławska… spotkania z przyjaciółmi. Rozłożona w czasie podróż, która powoli stawała się stylem życia. Po maturze powrót do Bydgoszczy, ale studia w Toruniu to kolejne długie godziny – tym razem – w pociągu.

Jednak to nie pasja wędrowania zaprowadziła mnie na Wyspy Brytyjskie. Żaden romantyzm, zew przygody, ciekawość świata…

Kilka projektów biznesowych, prób wybicia się na finansową niezależność bez szefa nad głową. Pasjonująca przygoda z gwarantowaną maksymalną dawką adrenaliny. Na koniec bankructwo, kasa na głębokim minusie, zero pomysłów na życie. W Polsce byłem spalony.

Wybudzanie ze snu w złudzeniach przyniosło bezmierny ból, bo przerośnięte ego umiera w wielkim cierpieniu.

Przeżyłem najczarniejszą noc swojego życia: nie rozumiałem siebie, nie rozumiałem Boga, który mi taki numer wywinął (Winny nr 1), nie rozumiałem przyjaciół, którzy zdradzili, nie rozumiałem przyjaciół, którzy pozostali wierni… Nie rozumiałem sensu tego co się dzieje dookoła.

Dzisiaj, po latach, lepiej rozumiem wagę tej operacji przeprowadzonej przez Najwyższego. Ziarno, które nie obumrze nie może wydać owocu. Jeśli „stare” nie zginie, nie może narodzić się „nowe”.

Nie jestem bogaty, nie zrobiłem kariery, materialnie nie mam się czym pochwalić, jednak nie frustruję się teraźniejszością. Nie boję się przyszłości, na którą patrzę z nadzieją. Doświadczyłem przebaczenia, przestałem wstydzić się przeszłości doceniając wartość upadków i życiowych błędów. Z tego co przeżyłem czerpię mądrość i inspirację.

Znalazłem Skarb: Jezusa, który stał się Rozwiązaniem dla mojego życia; cudowną, kochającą żonę, która wiernie trwała przy mnie, nawet kiedy byłem nie do zniesienia….; trójkę wspaniałych dzieci, które są moją radością i dumą; oddanych przyjaciół, dzięki którym nigdy nie czujemy się samotni.
Jestem szczęśliwy.